poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Sferokształt - Epilog

      Nie rozumiem sam siebie i nie rozpoznaję w sobie tego, kim byłem. Co więcej, zaczynam dostrzegać, że dyskomfort, który pojawił się ostatnio w moim życiu, tak naprawdę towarzyszył mi od zawsze. Co to może znaczyć? Jak to się ma do moich ostatnich odkryć? Kim byłem wcześniej?

      Takie rozmyślenia przetrzymały mnie w odległej czasowo i zaawansowanej wiekowo rzeczywistości. Gdy ocknąłem się w końcu i objąłem zmysłami przestrzeń rozpościerającą się w podwymiarze, zauważyłem rdzewiejące gwiazdy, którymi naszpikowany był kosmos - zupełnie jak niekończące się grządki z gnijącymi, niezebranymi na czas roślinami. Smutek, rozgoryczenie, zawód i poczucie niespełnienia, niedosytu – to atrybuty starości.

      Wydostałem się z podwymiaru przygnębiony – nigdy nie zaznałem tego uczucia wcześniej, jako rezydent średnich połaci wszechbytu. Wróciłem do teraźniejszości tylko po to, by namierzyć własną nostalgię – miejsce, które istniało naprawdę i w jakiś przedziwny sposób integrowało się ze wszystkim, co mogło mnie dotyczyć. Stałem przed wyborem: pójść tam i zrozumieć, stać się bogatym we wiedzę; albo pozostać tu, gdzie istniałem na własnych zasadach, ale z brakującym ogniwem informacji. Była też trzecia możliwość. Odnaleźć cel i nie zrozumieć istoty jego poszukiwań. Decyzję podjąłem już dawno…
***

      Kuen stał na kamienistej plaży, otoczony tłumem pobudzonych ludzi. Nieopodal, na prawo, przy długich drewnianych pomostach, pracę porzuciło kilkunastu rybaków, z których tylko jeden nie wpatrywał się w niebo; patrzył na niego. Reszta, przysłaniając dłońmi rysującą się na południowym zachodzie plamę zachodzącego słońca, penetrowała wzrokiem stratosferę. Ucichła nawet gromada dzieci, które jeszcze przed chwilą biegały skrajem trawiastych polan, sąsiadujących z plażą. Na ziemi, u ich stóp, spoczęły latawce, strugane miniaturowe łodzie i worki wypełnione wyrzuconymi przez ocean skarbami.
Coś zakłóciło ten idealny, pastelowy, pełen dźwięków, kolorów i światła, obraz.
Wyselekcjonował część zmysłów i wywędrował świadomością ponad atmosferę. Na granicy kosmosu, gdzie czerń próżni, poprzez ciemnogranatowy pas przejściowy i niebieski prostokąt średnich warstw, przechodziła w kremową nić horyzontu, ujrzał nieduży obiekt. Białe jądro, jasnoszara obwoluta i grafitowo-niebieski ogon.
      Planetoida pędząca w stronę Ziemi.
      W momencie, gdy wpadła w górne warstwy atmosfery, nastąpił mini wybuch, a nieduży dotychczas obiekt został opleciony przez jaskrawy balon i rozchodzące się we wszystkie strony białe obręcze. Poświata rozpłynęła się po chwili i zniknęła, zaś w stronę oceanu pognała ognista kula.
Kuen wrócił zmysłami na plażę i obserwował jak niebo przecina wzdłuż gigantyczny biały pocisk, za którym utworzyła się dotykająca kosmosu smuga kondensacyjna o wszelkich odcieniach szarości. Złowrogi wiatr poderwał lekkie przedmioty i cisnął nimi w głąb lądu; rozwiewał włosy, rozchybotał wodę. Strumień kosmicznej energii wyrył w oceanie kanion, pogłębiając go w miarę, jak asteroida opadała w stronę Atlantyku...
      Błysk.
      Fala uderzeniowa rozeszła się we wszystkie strony, szarpiąc wodną powłokę i pokrywając niebo warstwą gęstych chmur. Wstrząs skorupy ziemskiej przewrócił przerażonych gapiów. Woda błyskawicznie zaczęła się cofać, a na horyzoncie pojawiła się ciemna smuga, która z każdą sekundą rosła. Kutry osiadły na kamieniach, jeden zerwał się z cum i stoczył po pochyłości przybrzeża, jak po górskim stoku. Roztrzaskał się o rafy...
Fala pływowa o wysokości pięciu mil nadciągała z prędkością odrzutowca. Srebrna ściana wody, wyglądająca jak rozwierające się, szerokie usta istoty, która chce pożreć świat, z każdą sekundą rosła i rosła. Przez hałas łomoczącego wiatru bezradnie próbowały przebić się krzyki dorosłych i płacz dzieci. Część ludzi: ci, których wiedza i wyobraźnia nie wizualizowały tysiące razy apokalipsy, zaczęła uciekać. Ci o większej trzeźwości umysłu, a może o mniejszej skali człowieczeństwa, stali w bezruchu, obserwując zgotowane przez kosmos horrendum. Kilkanaście sekund później zatoka przestała istnieć. Kilkadziesiąt minut później przestał istnieć świat...
***

      Wałęsałem się tam i z powrotem zszokowany i rozczarowany, obserwując gniewną taflę oceanu i przedzierając się przez nasycone rozgrzaną materią powietrze. Czyżby w mgnieniu oka odebrano mi szansę na zrozumienie nostalgii? Zniszczono ostatni dowód? Co za ironia…
      …I gdy już chciałem się wycofać, gdy podjąłem decyzję o powrocie na drogę ku doskonałości, wtedy to się stało. Pośród dryfujących odłamków dojrzałem coś znajomego. Rozdarte płótno w połamanej ramie, które jakimś cudem uniknęło spalenia, zmiażdżenia, destrukcji. Uniosłem je i wytężyłem sensory, a wszystko stało się jasne w swej zawiłości. Nie brakowało żadnego elementu, nie było tam już miejsca zakrytego niewytłumaczalnością. Na plaży, pośród harmidru pracujących ludzi, pomiędzy lekkością barwnej natury stał…
      …Sferokształt.


KONIEC.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz